Śmierć wybierała.
|
|
Latem 1993 roku synowie byli na wakacjach u babci. Z mężem mieliśmy dołączyć do nich około 10 sierpnia na 2-tygodniowy urlop. Pod koniec sierpnia mieliśmy wszyscy wrócić do Zabrza.
Kilka dni przed urlopem źle się poczułam i poszłam do lekarza, który stwierdził grypę. Przez kilka dni miałam ogromną ochotę na bigos, więc podejrzewałam, że mogę być w ciąży, ponieważ obie ciąży zaczynały się objawami grypowymi i apetytem na bigos. Nie zażyłam również leków , przepisanych przez lekarza. W dniu wyjazdu na urlop zrobiłam test ciążowy i okazało się, że po raz trzeci zostaniemy rodzicami.
Termin porodu obliczyłam na 13 kwietnia 1994 roku. W dniu 8 maja 1994 roku nasz starszy syn Sylwester miał przystąpić do I Komunii Świętej. Ustaliliśmy z mężem, że tego samego dnia będą Chrzciny naszego trzeciego dziecka. Postanowiliśmy, że nie powiemy rodzinie o mojej ciąży, ale zrobimy im niespodziankę, wysyłając zaproszenia na uroczystość I Komunii Świętej i Chrztu.
Pod koniec urlopu mama powiedziała mi: "Chyba w naszej rodzinie ktoś wkrótce umrze". Zdziwiona zapytałam dlaczego ma się tak stać? Ona powiedziała, że siedziała niedawno w kuchni i zobaczyła w oknie dużą białą kulę lecącą z nieba. Kiedy wyszła na dwór, niczego już nie było. Powiedziała też, że taką białą kulę widziała moja babcia i za krótki czas umarł mój dziadek. Nie przejęłam się tą opowieścią, bo nie wierzyłam w takie zdarzenia.
Po urlopie wracaliśmy z dziećmi do Zabrza. Za Rzeszowem na wąskiej drodze mąż wziął się za wyprzedzanie a kierowca z przeciwka zrobił to samo. Zrobiło się niebezpiecznie, oba auta zahaczyły o siebie lusterkami i lewa przednia szyba roztrzaskała się. Wszyscy wystraszyliśmy się bardzo, mąż zjechał na pobocze. Krzyknęłam do męża:" tak, pozabijaj nas" i przypomniała mi się opowieść mamy o białej kuli. Ucieszyłam się, że śmierć nas ominęła, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ona ma inne zamiary. Zasłoniliśmy zbitą szybę kocem i jakoś dotarliśmy do Zabrza.
Skończyły się wakacje, starszy syn poszedł do szkoły, młodszy do przedszkola. Mój brat Kazik mieszkał w Zabrzu po sąsiedzku i często mnie odwiedzał. W połowie września, w poniedziałkowe popołudnie również nas odwiedził. Pracował wtedy na ranną zmianę. Opowiadał nam zaniepokojony, że w kopalni słychać tąpnięcia i obawia się o życie swoje i ludzi , którzy tam pracują. W czwartek 17 września jak co dzień pojechałam do pracy do szpitala. Pracowałam wtedy na jedną zmianę w punkcie pobierania krwi. Około godziny 10 zadzwonił telefon, zwiastujący rozmowę z miasta. Odebrałam telefon, dzwonił mój mąż. Powiedział: "Jeśli teraz stoisz, to usiądź. Dzisiaj w nocy w kopalni Miechowice zginął wraz z 5 kolegami twój brat". Nie chciałam w to uwierzyć, ponieważ wiedziałam, że brat pracował na ranną zmianę a nie na nockę i że zaszła jakaś pomyłka, która zaraz się wyjaśni.
Później okazało się, że rzeczywiście w tym tygodniu brat pracował na ranna zmianę, ale tego feralnego dnia kolega poprosił go o zamianę i brat poszedł za niego na nockę. Nie chciałam przyjąć tego do wiadomości, dopóki nie zobaczyłam go martwego w prosektorium. Wtedy uwierzyłam w opowieść mojej mamy, że widok białej kuli spadającej z nieba oznacza śmierć w rodzinie.
Pojechałam z delegacją z kopalni powiadomić rodziców o śmierci brata. W domu rodziców było kilku sąsiadów, którzy usłyszeli w radio wiadomość o górnikach, którzy zginęli w kopalni i podano nazwisko brata. Rozważali oni, że może to być zbieżność nazwisk. Mama akurat wybierała się z jedną z sąsiadek, aby zadzwonić do kopalni i dowiedzieć się prawdy.We wsi były wtedy tylko dwa telefony. Kiedy rodzice zobaczyli nas w drzwiach, już wiedzieli, że jest to tragiczna prawda. Tato przyjął to pozornie chłodno ale mama wpadła w rozpacz. Powiedziałam jej o ciąży, myśląc że to trochę złagodzi jej rozpacz.
Na drugi dzień pojechałam z bratową powiadomić o wypadku brata Staszka, który pracował wtedy w Magnitogorsku. Znajoma bratowej z Przemyśla, której mąż pracował razem ze Staszkiem w Magnitogorsku, podała nam nr telefonu do nich. W Przemyślu na poczcie czekałyśmy na połączenie międzynarodowe. Po godzinie pani w okienku powiedziała, że jest połączenie i możemy wejść do kabiny porozmawiać. Kiedy bratowa powiedziała, że w kopalni był wypadek, Staszek od razu zapytał:"który zginął, szwagier czy brat". Niestety Staszek nie mógł przyjechać na pogrzeb brata.
Musiałam wrócić do Zabrza aby załatwić wolne. Kiedy w Jarosławiu na dworcu PKP czekałam na swój pociąg, usłyszałam wiadomość przez głośnik, że pociąg będzie opóźniony 2 godziny. Po dworcu rozeszła się wiadomość, że jakiś człowiek rzucił się pod nasz pociąg i czekają na zmianę maszynisty, bo ten nie może dalej jechać. Nie mogłam opanować płaczu, że jedni giną choć drogie jest im życie a inni sami wybierają okrutną śmierć.
Ps. Na zdjęciu powyżej ja z synami na urlopie w sierpniu 1993 roku.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
O mnie
- Liza Zulk
- Mam męża i troje dorosłych dzieci. Mieszkam i pracuję na Śląsku. Pochodzę z Podkarpacia, gdzie się urodziłam, wychowałam i wykształciłam. Kilka lat temu kupiłam tam posiadłość z moich snów. Moją pasją jest ogród, książki i kino. Nie jestem pisarką, więc mój blog jest daleki od doskonałości. Znajdziesz w nim wiele błędów językowych i na pewno nie znajdziesz w nim wielu przecinków. Mam nadzieję, że znajdziesz tu odpowiedź na pytanie, co w życiu najważniejsze.




Po napisaniu tego wpisu rozmawiałam z młodszym synem. Krystian powiedział, że pamięta opowieść babci o białej kuli pomimo, że miał wtedy tylko 4 lata. Wskazał też okno w kuchni (były dwa),w którym babcia widziała białą kulę, chociaż o tym nie napisałam we wpisie.
OdpowiedzUsuń