W latach 80-tych marzeniem wielu młodych Polaków był wyjazd za granicę, z którego większość już nie wracała, zostając nielegalnie w kraju do którego się wybrali.
I ja dostałam taką sznsę od losu. W Ameryce, w stanie Illinois, niedaleko Chicago mieszkała moja ciotka, kuzynka mamy.
Pewnego pięknego dnia a było to zimą, dostałam od ciotki zaproszenie na trzy miesiące, zupełnie jak w komedii "Kochaj albo rzuć".
Pierwszą przeszkodą była wiza, ponieważ rzadko młody człowiek ją otrzymywał. Miałam 20 lat i byłam na pierwszym roku Studium Medycznego. Było więc duże prawdopodobieństwo, że po trzech miesiącach wrócę do Polski. Pojechałam z moim chłopakiem po wizę do Krakowa. Trzeba było wykazać, że jestem osobą w miarę zamożną i nie jadę tam do pracy ale zgodnie z zaproszeniem w odwiedziny. Wcześniej założyłam w banku konto walutowe, aby pokazać konsulowi, że mam kasę, stanu konta nie sprawdzał. Byłam ubrana w kożuch, który pożyczyłam od sąsiadki. Miałam pożyczone kilka złotych pierścionków, którymi "świeciłam" przed konsulem.
Przed Ambasadą Stanów Zjednoczonych w Krakowie kłębił się tłum ludzi, starających się o wizę. Było tam kilkanaście osób młodych mnie więcej w moim wieku.
Po krótkie rozmowie konsul zapytał mnie, czy wrócę do Polski? Odpowiedziałam: oczywiście że wrócę, ponieważ jestem w trakcie nauki w Studium Medycznym a poza tym w Polsce zostaje mój chłopak.
Okazało się, że tylko pięć osób otrzymało wizę, w tym ja jedyna z młodych. Ogromna radość przeplatała się z rozterką rozstania z moim ukochanym.
Kupiłam bilet na samolot na 4 czerwca, powrotny na 4 września. Dwa tygodnie po tym fakcie okazało się, że jestem w ciąży.




0 komentarze:
Prześlij komentarz